+4
Nätti_Nati 21 marca 2015 16:25
Tę i inne relacje znajdziecie na http://wswoimzywiole.blog.pl/.



Krym - wyimki

Jeśli chodzi o zabarwienie emocjonalne, moje wspomnienia z podróży po Krymie mienią się kolorami tęczy. Pod powierzchnią mickiewiczowskiego oceanu, na którego suchy przestwór wpłynęłam z nadzieją, odkryłam silne i nieprzewidywalne prądy, które dały mi się we znaki, miotając moją niestabilną, mentalną łódeczką między najprzeróżniejszymi nastrojami - od zachwytu, poprzez radość, frustrację, zdumienie, na czarnej rozpaczy kończąc.
Wszystko to działo się dawno temu (będzie już z pięć lat) i wiele szczegółów zdążyła pochłonąć niepamięć, dlatego poniższe zapiski zbiorem są raczej moich rozmaitej natury wspomnień, niźli szczegółowym, praktycznym reportażem. Innym powodem, dla którego wpis ten charakteryzuje się swobodą i brakiem zobowiązań, jest przestarzałość moich danych; niewątpliwie na Krymie zaszło ostatnimi czasy wiele zmian i nie widzę sensu zasypywać Czytelnika stosem informacji, których nie potrafię dzisiaj zweryfikować.



Na powyższej mapie możecie zobaczyć, które miejsca na Krymie odwiedziliśmy. Ale od początku...
Nasza przygoda rozpoczęła się słonecznego, letniego dnia na granicy polsko-ukraińskiej (Medyka), skąd do Lwowa zabrał nas stary, rozpadający się autobusik. Wnętrze pojazdu wypełnione było milionem kolorowych maskotek, plastikowych kwiatków i innych nieprzeciętnej urody ozdóbek, a także głośnym, ukraińskim folk-popem oraz nieco kiczowato ubranymi ludźmi, dzierżącymi czarne reklamówki Hugo Bossa. Te reklamówki przewijały się przez całą naszą wyprawę w ilościach znacznych, ale do tej pory nie znam przyczyn powszechności tego zjawiska. Droga do miasta przypominała trochę autostradę, ale tylko trochę, bo po autostradzie zazwyczaj nie jeździ się slalomem z prędkością starszej pani na zardzewiałym składaku. Jestem jednak pewna, że trasa ta przeszła gruntowny remont przed Euro 2012. Lwów jest piękny i niezwykle miło było oddać się niespiesznym wędrówkom po pełnych uroku uliczkach "polskiego" Starego Miasta (wpisanego na listę UNESCO), przespacerować się popularną Aleją Wolności, podziwiać wspaniałe budowle (przeróżne obiekty sakralne, operę, uniwersytet) oraz odwiedzić Cmentarz Orląt Lwowskich (jak na porządnych Polaków przystało). W restauracjach czekają na zmęczonych turystów dobre i tanie dania (o piwie nie wspominając), a jeśli ktoś ma ochotę przegryźć coś na szybko (i stojąco), może na przykład nabyć zestaw "chleb ze słoniną i kieliszek wódki" i poczuć się przez chwilę, jak bohater książek Krajewskiego - Edward Popielski. Mili ludzie, piękna architektura, pyszne jedzenie - aż chciałoby się zaśpiewać: Bo gdzie jeszcze ludziom tak dobrze, jak tu?*


Rynek we Lwowie wieczorami tętni życiem


Takie oto obrazki można zobaczyć spacerując Aleją Wolności we Lwowie


Aleja Wolności, Lwów


Przy wejściu do jednego z lwowskich kościołów


We Lwowie trafiliśmy także na targ staroci

Po dwóch beztroskich dniach spędzonych w tym pełnym uroku mieście z żalem wsiedliśmy w nocny pociąg do Odessy (gdzie przeszliśmy się po rozsławionych przez film Eisensteina Schodach Potiomkinowskich), poczym niezwłocznie wyruszyliśmy dalej - na Krym.
Pierwszym przystankiem na naszej krymskiej trasie była Eupatoria - popularne wśród turystów miasto położone nad Morzem Czarnym, będące w dużej mierze kłębowiskiem wąskich uliczek. Ledwie nasze stopy dotknęły peronu, a już byliśmy otoczeni przez gromadkę przekrzykujących się starszych kobiet; niektóre z nich nawet wymachiwały nam przed oczami zniszczonymi zdjęciami. Po nocy spędzonej w pociągu nie byliśmy za bardzo w nastroju do rozważań i negocjacji, więc szybko pozwoliliśmy się osaczyć jednej z nich. Wybór chyba był dobry, bo dostał nam się pokój, w którym spod dywanów ścian widać nie było. Co prawda pusta lodówka starszej pani zrobiła na mnie dość przygnębiające wrażenie, więc nie było mi specjalnie przykro, gdy po zapłaceniu za nocleg, zdaliśmy sobie sprawę, że znacząco pomyliliśmy się w "obliczeniach" na naszą niekorzyść. Eupatoria ze swoim szkaradnym, betonowym wybrzeżem i mnóstwem straganów z tandetą raczej mnie nie zauroczyła, chociaż po męczącej podróży całkiem miło było posiedzieć na tej betonowej "plaży" wśród ludzi pijących wódkę i popatrzeć sobie bezmyślnie na morze, pochłaniając przy tym przeraźliwie śmierdzące, suszone kalmary. Niedaleko miasta znajdują się piaszczyste plaże oraz park wodny, do którego dotłukliśmy się kolejnego dnia "elektriczką" - niemiłosiernie wolnym pociągiem, wyposażonym w niewygodne drewniane ławki. Nieco przytłoczeni Eupatorią dość szybko wzięliśmy się za studiowanie mapy Krymu i za kolejny cel tułaczki powzięliśmy sobie Półwysep Tarchankucki.

Gdy teraz, po pięciu latach, myślę o Krymie, przed oczami mam właśnie Półwysep Tarchankucki. Stoję tam, mrużąc oczy w słońcu, a wokół mnie aż po horyzont rozciąga się stepowy bezkres... Wysuszone trawy kołyszą się smętnie na wietrze, a ja bezskutecznie staram się wyrzucić z głowy fragmenty tego nieszczęsnego mickiewiczowskiego wiersza. Nie, ten sonet wcale nie jest w mojej głowie, on jest dookoła mnie, bo to ja płynę po nieskończonym, trawiastym ocenie, to ja nurzam się w tej milczącej, bezludnej otchłani... Jak cicho... Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie, / Kędy wąż żliską piersią dotyka się zioła**. Ignorowany przez turystów Półwysep Tarchankucki to miejsce naprawdę wyjątkowe - nie tylko ze względu na stepy, ale także na niesamowite wybrzeże, które składa się z piaszczystych plaż i wysokich, białych klifów o rozmaitych kształtach - między innymi Małego i Wielkiego Atliesza (atesz to w języku perskim "ogień"). Rezultaty walki wapiennych skał z wiatrem i wodą są naprawdę zadziwiające - białe klify urozmaicone licznymi zatoczkami, grotami, jaskiniami i tunelami, będące granicą między morzem i spalonymi słońcem stepami tworzą unikalny krajobraz, którego nie zakłócają jeszcze tandetne wytwory działalności turystycznej. Nie jest zaskakującym fakt, że rejony te lubiane są szczególnie przez nurków i grotołazów. Do Atlieszy można dojść pieszo z miejscowości Oleniowka (kilka kilometrów), w której znajduje się latarnia morska, a latem także ślad po wyschniętym jeziorze. Naszą bazą wypadową na półwyspie nie była jednak Oleniowka, tylko miejscowość Czornomorśke, a konkretnie "hotel", w którym dzieliliśmy mikro-pokoik z małym kotkiem. Oczywiście właściciel przybytku znalazł nas sam - jeszcze drzwi od autobusu zamknąć się nie zdążyły, a my już byliśmy w jego szponach. Samo Czornomorśke to dość miłe miasteczko, ale nie posunęłabym się do nazwania go wyjątkowym - ot, plaża, trochę kamieni (jakieś ruiny?), posąg Lenina oraz spora dawka tandety i rozpadających się obiektów.


Wapienne klify Półwyspu Tarchankuckiego


Wypożyczalnia sprzętu do nurkowania


Okolice Oleniowki


Półwysep Tarchankucki


Zachód słońca w Czarnomorskie


Zachód słońca raz jeszcze


Popularne "ozdoby" krymskich wybrzeży


Samotny wychodek

Kolejnym punktem w naszym tworzonym na bieżąco podróżniczym planie był Bakczysaraj. Można by pomyśleć, że to "tatarskie" miasto jest jakąś krymską Mekką polskich turystów. Podróżując po Krymie rzadko natykaliśmy się na naszych rodaków - wyjątkiem był Bakczysaraj, który przez Polaków opanowany był niemal całkowicie. Pobyt w "mieście ogrodów" okazał się dla mnie przeżyciem zgoła traumatycznym, co bynajmniej nie miało nic wspólnego z naszymi krajanami. Od początku wszystko szło źle. Kierowca autobusu, który obiecał nas wysadzić w odpowiednim miejscu, olał sprawę, w wyniku czego bardzo późną porą wylądowaliśmy na pustej ulicy pośrodku niczego. Łapanie stopa zakończyło się klęską (nic dziwnego, ciemności panowały egipskie) i gdy już zaczęliśmy oswajać się ze straszliwą myślą, że do Bakczysaraju będziemy wlec się z plecakami pieszo całą noc, z mroku wyłonił się autobus. Tym razem wysiedliśmy w dobrym miejscu, przynajmniej mówiąc ogólnie, bo gdy zagłębimy sie w szczegóły, okaże się, że mogło być lepiej - z autobusu bowiem wysiadłam prosto w głębokie bagno... Zmęczona, śpiąca i przeraźliwie brudna nie zdawałam sobie sprawy, że to wszystko jest zaledwie beztroskim preludium do bakczysarajskiej Music of the Night***. "Przystanek" od naszego punktu docelowego, czyli hostelu, dzieliło jeszcze kilka kilometrów, więc zmuszeni byliśmy skorzystać z usług taksówkarza, który obłupił nas bez litości - wiedział bowiem, że jest naszą jedyną opcją. Nie poprawił humoru mi nawet fakt, że w końcu miałam okazję przejechać się ładą. W hostelu usłyszeliśmy, że nie ma dla nas miejsca, co o tak późnej porze było wiadomością nad wyraz przykrą. Gdy nieco zagubieni zastanawialiśmy się co począć, ktoś z hostelowej obsługi polecił nam nocleg u pewnej starszej pani, z czego skorzystaliśmy bez wahania. Powiem Wam, że wilgotna, zimna, zapyziała, ciasna "lepianka" i odstręczające, brudne materace na zardzewiałych polowych łóżkach trochę mnie przeraziły, ale szybko zdusiłam w sobie uczucie odrazy - w różnych miejscach się już spało. Nie, obskurna klitka nie wytrąciła mnie z równowagi, nieco animuszu straciłam dopiero w "łazience". "Łazienka" znajdowała się w piwnicy i była naprawdę koszmarna. Na ziemi znajdowała się kilkucentymetrowa warstwa błota, więc zamiast wyczyścić ubranie po niefortunnej bagiennej przygodzie, upaćkałam je jeszcze bardziej. Na środku pomieszczenia stał taboret, a na nim mała miska z wodą - nasza (moja i Bartka) wspólna "wanna". Na ściany i sufit postanowiłam w ogóle nie patrzeć. Wszystko to napełniło mnie głębokim smutkiem i poczuciem rezygnacji, ponieważ byłam strasznie zmęczona i brudna. Mur obojętności i fatalizmu, który zaczęłam wtedy wokół siebie wznosić szybko jednak runął za sprawą wychodka. Wychodek mnie dobił. Mimo zmęczenia, zamiast udać się na spoczynek do naszej szopy, postanowiłam odwiedzić bakczysarajski bar, gdzie było milej, czyściej i mniej wilgotno. Poszłam nawet w ślady innych klientów siedzących przy pokrytych ceratami stołach, na których stały smutne, sztuczne kwiaty, i zamówiłam wódkę, licząc na to, że pomoże mi ona zasnąć tej nocy. Nie pomogła, a dodatkowo całą noc bolała mnie głowa. Następnego ranka, po zwalczeniu odruchów wymiotnych, które były skutkiem zajrzenia do wychodka, zła i niewyspana rozpoczęłam zwiedzanie Bakczysaraju...
Miasto, które w przeszłości było stolicą Chanatu Krymskiego, może pochwalić się jednym z trzech muzułmańskich kompleksów pałacowych zachowanych w Europie. Kompleks pałacowy chanów krymskich w Bakczysaraju to niezwykła pozostałość potęgi tatarskiej, która niedługo wzbogaci listę UNESCO. W skład kompleksu wchodzą między innym Wielki Meczet Chan-Dżami (największy meczet na Krymie), pałac główny, harem, cmentarz chanów i wieża Sokoła, a wszystkiego dopełniają piękne ogrody i fontanny, z których najbardziej sławna jest niewątpliwie Fontanna Łez (zainspirowała ona Puszkina do stworzenia poematu "Fontanna Bakczysaraju", chociaż zdaje się, że bardziej zachwyciła poetę tragiczna miłosna historia, która się z tą fontanną wiąże, niż sam obiekt). Nazwa "Bakczysaraj" pochodzi z języka krymsko-tatarskiego, w którym bagca oznacza sad, a saray - pałac.


Różane ogrody otaczające pałac chanów krymskich


Pałac chanów krymskich - wnętrze altany letniej i jedna z licznych fontann znajdujących się na terenie kompleksu

W okolicy Bakczysaraju znajdują się także inne wyjątkowe zabytki - całkowicie wydrążony w skale Monastyr Uspieński (Monaster Zaśnięcia Matki Bożej) oraz skalne miasta - Czufut-Kale, Bakła, Eski-Kermen, Mangup. My skupiliśmy się na najbardziej popularnym i najlepiej zachowanym Czufut-Kale (nazwa w języku Tatarów krymskich oznacza "twierdzę żydowską"), do którego można dojść na pieszo z Bakczysaraju, mijając po drodzy wspomniany Monastyr. Czufut-Kale położone jest na szczycie otoczonej dolinami płaskiej góry - warto się tam wdrapać nie tylko dla samego miasta, ale także dla bardzo ładnych widoków, które się wokół niego roztaczają. W XV wieku Czufut-Kale pełniło rolę stolicy Chanatu Krymskiego, a gdy Tatarzy wynieśli się do leżącego niżej Bakczysaraju, miasto zostało w rękach Karaimów. W drodze powrotnej zahaczaliśmy o położony w lesie, stary cmentarz karaimski oraz się zgubiliśmy (akurat, gdy zaczęło padać...). Summa summarum do Bakczysaraju dotarliśmy tego dnia dość późno i ponownie okazało się, że nie ma dla nas miejsca w hostelu (mimo że rano je "zaklepaliśmy"). Tym razem jednak, ku mojej radości i uldze, polecono nam "komnatę" całkiem przyzwoitą - w końcu mogłam się umyć (w ciepłej wodzie!) i porządnie wyspać.


Cmentarz karaimski w Czufut-Kale


Mauzoleum w skalnym mieście


Widok z Czufut-Kale


Dom w skale niedaleko Bakczysaraju

Ostatnie dni na Krymie postanowiliśmy przeznaczyć na Krymską Riwierę. Naszym pierwszym przystankiem była Ałuszta, gdzie noc spędziliśmy w wyjątkowo ładnym pokoju (i bynajmniej nie jest to ironia - na ścianach zamiast dywanów były obrazy, a wszystko wyglądało bardzo... normalnie). Żeby jednak nie było zbyt miło, właścicielka mieszkania wyrzuciła nas kolejnego dnia za drzwi o siódmej rano. Z Ałuszty drogą morską dostaliśmy się do Jałty, z której uciekliśmy, przy pierwszej nadarzającej się okazji - głośne, nieładne i pełne turystów miasto do eksploracji nas bynajmniej nie zachęciło. Nie, nad Ałusztą i Jałtą rozwodzić się nie będę, zatrzymam się za to na Ałupce - naszym ostatnim przystanku na krymskim wybrzeżu. Ałupka to pięknie położona miejscowość, w której znajduje się perła regionu Wielkiej Jałty - pałac Woroncowa. Ten niezwykle eklektyczny twór (można tu znaleźć elementy różnych stylów angielskich, a także indyjskiego i mauretańskiego) wybudowany został w pierwszej połowie XIX wieku na życzenie księcia Michaiła Woroncowa - bystrego i wykształconego rosyjskiego oficera, który nawet nie miał okazji swoim pałacem się porządnie nacieszyć. Wokół budowli roztacza się olbrzymi park, w którym znajduje się dwieście gatunków drzew i krzewów (niektóre bardzo egzotyczne) oraz wiele pełnych uroku sadzawek, strumyków i kaskad. Otoczony zielenią pałac warto zobaczyć z morza - razem ze wznoszącą się nad nim górą Aj-Petri tworzą niezwykły obrazek. Pałac Wroncowa to tylko jedna z atrakcji, którą można zaobserwować z pokładu stateczku, który zabiera turystów nas na rejsy wzdłuż wybrzeża. Inną (chyba jeszcze bardziej popularną) jest położny w pobliskiej miejscowości Haspra neogotycki zameczek zwany Jaskółczym Gniazdem. Zamek znajduje się na szczycie wysokiego na 40 metrów klifu Aurora i stanowi naprawdę nieprzeciętny widok. Samej Ałupce także nie można odmówić uroku, mimo swojego turystycznego charakteru jest dość spokojną, niewielką miejscowością z małymi uliczkami i licznymi pomostami na kamienistych plażach. To także kolejne miejsce, w którym mieliśmy problem ze znalezieniem noclegu - na bezowocne poszukiwania straciliśmy dobre dwie godziny, gdy w końcu ktoś się nad nami zlitował i zaprowadził do faceta, który z radością wynajął nam swój pokój (sam spał w kuchni). Jego mieszkanie znajdowało się na dziesiątym piętrze rozpadającego się bloku, w którym winda działa tylko w wyznaczonych godzinach, a w nocy nie było wody. Miłą niespodzianką okazał się być widok z okna naszej nędznej kwatery - przez popękane szyby widzieliśmy bowiem Morze Czarne.


Pokój z widokiem na morze, Ałupka


Bloki z Ałupce to obraz nędzy i rozpaczy


Jaskółcze Gniazdo, Haspra

Ostatni celem naszej krymskiej podróży był Symferopol, gdzie nocowaliśmy u pewnej starszej pani, która zapewniwszy nas, że jej dom znajduje sie bardzo blisko, zabrała nas ze sobą na dwukilometrowy spacer. Podążaliśmy za nią zrezygnowani, ponieważ w pewnym momencie nie warto już było zawracać. Późnym wieczorem, gdy sami próbowaliśmy pokonać tę trasę, pobłądziliśmy zupełnie. Symferopol to duże, nieładne miasto, więc jak najszybciej wyruszyliśmy dalej, do ciekawszego Kijowa, skąd po dwóch dniach samolotem wróciliśmy do Polski, zakończywszy tym samym naszą krymską, emocjonującą przygodę. □


Na zakończenie jeden z licznych krymskich posągów Lenina

* Słowa piosenki "Tylko we Lwowie" z filmu "Włóczęgi". Słowa: Emanuel Schlechter, muzyka: Henryk Wars

** Fragment sonetu Adama Mickiewicza "Stepy Akermańskie"

*** Tytuł piosenki pochodzącej z musicalu "Upiór w Operze"

Zapraszam na mojego bloga http://wswoimzywiole.blog.pl/.

Dodaj Komentarz

Komentarze (1)

don_bartoss 9 kwietnia 2015 15:20 Odpowiedz
Bardzo fajna relacja. Będę do niej wracał bo sam mam Krym w planach :)