+2
Nätti_Nati 1 lutego 2015 23:07
Poniższy tekst znajdziecie także na moim blogu http://wswoimzywiole.blog.pl/.



Kraj Lodu i Ognia – moje „top 10″ atrakcji przyrodniczych, do których można dojechać małym samochodzikiem na Islandii

Islandia to najbardziej zadziwiający kraj, w jakim kiedykolwiek postała moja stopa. Określenie „Kraj Lodu i Ognia” oddaje w niewielkim stopniu rzeczywistość, bo Islandia to bynajmniej nie tylko lodowce i wulkany. To także rzeki, wodospady, gejzery, góry, jeziora, jaskinie, gorące źródła, pustynie! Może tylko lasów czasem brakuje, bo człowieka w trasie, którego męczy potrzeba, takie widoki optymizmem raczej nie napawają:


W tle lodowiec Langjökull

Islandię objechaliśmy dookoła, ponieważ tylko na taką wycieczkę pozwolił nam nasz mały samochodzik, wypożyczony na lotnisku za śmieszne pieniądze (z powodu błędu, który pojawił się na stronie internetowej wypożyczalni). Trzeba przyznać, że ów samochodzik z nami lekko nie miał, eufemistycznie mówiąc. Bywało nawet, że zmuszaliśmy go do pokonywania dróg, oznaczonych jako „4×4 / illfær vegur” („4×4 / zła droga”). Spisał się jednak dzielnie, zresztą daleko nam było do bezmyślności. Duży, terenowy samochód na Islandii to super sprawa, jednak także bardzo droga, dlatego pomyślałam, że podzielę się z Wami moją listą najfajniejszych miejsc na wyspie, do których można dojechać czymś bardziej spokrewnionym z żelazkiem, niźli z dżipem. Zaznaczam jednak, że niekoniecznie będą to atrakcje najbardziej znane czy nawet najbardziej spektakularne. Problem z najbardziej znanymi atrakcjami jest taki, że przyciągają one tłumy turystów, co sprawia, że zwiedzanie przypomina raczej wykonywanie ruchów Browna, z tą jednak różnicą, że chaotyczne ruchy człowieka nie są skutkiem zderzeń, tylko ich unikania. I jak w takich warunkach można skupić się na pięknie natury? Między innymi dlatego na mojej liście jest tylko jedna atrakcja z tak zwanego „Złotego Kręgu” Islandii (Golden Circle), czyli najpopularniejszego szlaku turystycznego na wyspie, obejmującego miejsca znajdujące się niedaleko stolicy (między innymi Park Narodowy Þingvellir, dolina Haukadalur z gejzerami, wspaniały wodospad Gullfoss). Nie znaczy to bynajmniej, że te „mainstreamowe” atrakcje można sobie odpuścić, bo zobaczyć je trzeba koniecznie! Nawet taplanie się w gorących basenach niedaleko lotniska (uzdrowisko Blue Lagoon) to świetna zabawa, nie mówiąc o obserwacji wybuchających na trzydzieści metrów w górę gejzerów czy spacerze po przykrytych parą polach siarki. Jednak to właśnie te dziesięć miejsc, o których zaraz przeczytacie, zajmuje szczególne miejsce w mojej pamięci, a dotarcie do nich nie wymaga napędu na cztery koła, mimo że znaki czasem twierdzą coś innego. Pamiętajcie jednak, że wjeżdżanie na takie drogi wiąże się z pewnym ryzykiem – umowa najmu samochodu na pewno jasno określa, gdzie tym samochodem zapuszczać się nie wolno.


Moje „top 10″ atrakcji przyrodniczych, do których można dojechać małym samochodzikiem na Islandii

1. Wodospad Dettifoss (i pobliski Selfoss)

Chyba największe wrażenie podczas całej naszej islandzkiej wyprawy zrobił na mnie potężny Dettifoss, jeden z najbogatszych w energię wodospadów Europy. Jest wielki, głośny, a otaczający go surowy, nieziemski krajobraz sprawia, że Dettifoss jest absolutnie fascynujący. Warto także przespacerować się w górę rzeki, gdyż niedaleko (kilometr od Dettifoss) znajduje się Selfoss – wodospad dość nietypowy, ponieważ próg, przez który przelewa się woda, położony jest wzdłuż cieku wodnego. Jeśli cieszycie się bogactwem czasu, przeznaczcie go na wyprawę głębokim na sto metrów wąwozem Jökulsárgljúfur, do którego wpada Dettifoss. Pamiętajcie także, że Dettifoss warto zobaczyć od strony wschodniej, która jest trudniej dostępna (biedny samochód…), ale dzięki temu także o wiele mniej popularna. Do wodospadu po zachodniej stronie rzeki prowadzi nowa, dobra droga, która kończy się wielkim parkingiem. Nie wspominam tego miejsca za dobrze, nie tylko z powodu ludzi, ale także unoszących się tumanów kurzu - pył bezwzględnie atakował nasze oczy, uszy oraz samochód, który czyściliśmy później pół wieczoru. Na szczęście nie tylko wiatr towarzyszył nam tego dnia; słońce sprawiło, że zobaczyliśmy Dettifoss przyozdobiony piękną tęczą.


Wodospad Dettifoss widziany od strony wschodniej


Selfosss


Tęcza nad Dettifoss

2. Wodospad Glymur

Glymur to najwyższy wodospad Islandii – mierzy prawie dwieście metrów. Położony jest nieco na uboczu, z dala od głównych szlaków, więc nie jest bardzo oblegany przez turystów. Do wodospadu z parkingu prowadzą dwa szlaki – jeden po północnej stronie wąwozu (łatwiejszy), drugi po południowej (bardzo stromy). Wodospadu, mimo jego wysokości, nie nazwałabym spektakularnym (ani tym bardziej spektakularnie fotogenicznym), jednak widoki, które towarzyszą wspinaczce, są wspaniałe. Na górze nie ma żadnego mostu łączącego obie trasy, jednak rzeka Botnsá jest tam płytka, więc można spróbować się przeprawić. Ja, będąc już prawie po drugiej stronie rzeki, postanowiłam sobie ułatwić spacer po śliskich i ostrych kamieniach, i pozbyłam się butów, które niosłam w rękach, rzucając je na brzeg. Buty co prawda doleciały, jednak bez skarpetek, które z nich wypadły i wylądowały w wodzie. Niefart.


W drodze do wodospadu Glymur (stoję po stronie południowej kanionu)


Przeprawa przez rzekę nad wodospadem to niezła zabawa

3. Wodospad Dynjandi (Fjallfoss)

Dynjandi (nazywany czasami „anielskimi włosami”) to największy wodospad Zachodnich Fiordów, położony zaraz obok głównej drogi. Krótka wspinaczka to niewielka cena, jaką musimy zapłacić, żeby dotrzeć do samego podnóża tego niesamowitego wodospadu, gdzie w pełni można poczuć jego moc i docenić piękno. Spójrzcie tylko na moje zdjęcie – widzicie mnie tam na dole? Żeby przeżyć to bliskie spotkanie z siłami natury warto nawet trochę zmoknąć (uważajcie na aparaty). Poniżej głównego wodospadu znajduje się wiele mniejszych.


Dynjandi i Natalia

4. Lodowiec Vatnajökull

Największy lodowiec Europy pod względem objętości, drugi co do wielkości, jeśli chodzi o powierzchnię (po tym na Spitzbergenie). Ta wielka kupa lodu niewątpliwie robi spore wrażenie. Nie trzeba jednak zakładać raków i płacić dużych pieniędzy za udział w wycieczce po lodowcu, żeby go podziwiać. Wiele dróg prowadzi pod sam lodowiec; co prawda czasem mogą okazać się nieprzejezdne (z powodu wody), ale raczej nie trzeba dużo czasu, żeby w takiej sytuacji zostawić samochód i dojść na pieszo do podnóża lodowca. Jeden z jęzorów Vatnajökull możecie zobaczyć na dużym zdjęciu nad notką.


Lodowa jaskinia w Vatnajökull


Polodowcowe jeziorko


Jeden z języków lodowca


U podnóża Vatnajökull (ten czarny pył na lodzie to pamiątka po pamiętnym wybuchu Eyjafjallajökull)


Droga powrotna do samochodu

5. Mroczna plaża Vík

Idealna plaża dla przedstawicieli subkultury gotyckiej – mroczna i pozbawiona słońca (najbardziej deszczowe miejsce na Islandii). Czarna, bazaltowa plaża niedaleko miejscowości Vík í Mýrdal została kiedyś okrzyknięta przez jakiś znany magazyn jedną z najpiękniejszych plaż świata; rzeczywiście nie można odmówić jej uroku i wyjątkowości, a szare niebo i strumienie deszczu dodają jej tylko aury tajemniczości.


Bazaltowa plaża Vík

6. Pole kempingowe koło wodospadu Skogafoss

Śpiewał Wam kiedyś do snu kołysankę wielki wodospad? Skogafoss to duży, spektakularny wodospad, któremu w słoneczne dni towarzyszą tęcze (czego niestety nie dane było nam zobaczyć), jednak to właśnie ta kołysanka sprawiła, że tak dobrze zapamiętałam to miejsce. Niedaleko znajduje się także hostel, ale nie wiem, czy dociera do niego szum wody. Po wschodniej stronie wodospadu zaczyna się szlak prowadzący do przejścia między lodowcami Eyjafjallajökull and Mýrdalsjökull i dalej, aż do Landmannalaugar.


Kemping koło wodospadu


Skogafoss

7. Gorące rzeczki niedaleko Hveragerði

Okolice Hveragerði to jedyne miejsce ze wspomnianego „Złotego Kręgu”, które załapało się na moją listę. Hveragerði to miasteczko położone na polach geotermalnych, dzięki czemu w szklarniach można tu uprawiać nawet banany. Fragmenty miasteczka są skąpane w parze wydobywającej się z gorących źródeł. Zarówno w samym mieście, jak i w jego okolicy, wytyczonych jest wiele szlaków turystycznych. Jeden z nich prowadzi aż do Parku Narodowego Þingvellir (można pokonać go także na koniu). Nie trzeba jednak podążać tą trasą aż tak daleko, żeby móc oddać się przyjemności wygrzania w gorącej rzeczce. Sposobność ku temu nadarza się już po trzech kilometrach.


Miło!

8. Półwysep Látrabjarg (Zachodnie Fiordy)

Linia brzegowa Zachodnich Fiordów (Vestfirðir) stanowi jedną trzecią linii brzegowej całej Islandii. Niestety nie mieliśmy wystarczającej ilości czasu, żeby oddać się eksploracji szlaków turystycznych, którymi dość gęsto poprzecinane są fiordy. Ograniczyliśmy się do Półwyspu Látrabjarg, który może się pochwalić najdalej wysuniętym na zachód punktem Europy oraz niezliczoną ilością dzikiego ptactwa gnieżdżącego się w skalnych urwiskach. Kolorowe maskonury, przyzwyczajone do ciekawskich turystów, pozwalają się im zbliżać na niewielkie odległości (o czym świadczy poniższe zdjęcie – mój aparat prawie nie ma „zoomu”).


Maskonurek


Półwysep Látrabjarg


Urwiska pełne ptaków

9. Lodowiec Snæfellsjökull

Snæfellsjökull to stratowulkan, którego szczyt przykryty jest lodowcem. Pełni wątpliwości wjeżdżaliśmy na ten wulkan (chcąc zjechać drugą jego stroną), bo podjazdy były dość strome (do jednego z nich podchodziliśmy dwa razy), a mijane samochody miały napęd na cztery koła. Na szczęście w chwili, gdy zaczęliśmy rozważać powrót, z naprzeciwka wyjechał inny mały samochodzik, a siedząca w nim para hiszpańska z radością oznajmiła nam, że owszem, da się! Uważać jednak trzeba, bo nie tylko jest stromo, ale i wąsko. Cóż, jeśli kierowca bezmyślny, to nawet super samochód nie pomoże; przekonaliśmy się o tym już na szczycie, gdzie natknęliśmy się na uwięzionego w śniegu dżipa. Kierowca, Niemiec, próbował się z tej niefortunnej sytuacji jakoś wykaraskać, ale skutek był taki, że zakopywał się coraz głębiej. Gdyby nie rady Bartka, utknął by tam chyba na dobre. Wielki, drogi samochód nie zastąpi człowiekowi mózgu, o nie. Szczyt wulkanu był przykryty chmurami, co urozmaiciło nam nieco przechadzkę po lodowcu – szukanie samochodu we mgle to naprawdę nieprzeciętna frajda…


Samochodzik po raz kolejny nie zawiódł!


Przykryty chmurami Snæfellsjökull

10. Jaskinia lawowa Surtshellir

Drogę prowadzącą do jaskini Surtshellir zdobi znak „4×4″, ale nie traktujcie go zbyt poważnie. Owszem, trasa jest dość wyboista, ale (jeśli jest sucho) przejezdna nie tylko dla dżipów. My pokonaliśmy ją bez większych problemów. Warto było się trochę wytrząść, ponieważ na miejscu nie spotkaliśmy nikogo, a wchodzenie do ciemnych jaskiń, gdy wokół jest cicho i bezludnie, to fajna przygoda (nawet jeśli tymi jaskiniami wcześniej przemaszerowały miliony turystów). Surtshellir to najdłuższa jaskinia lawowa na Islandii, ma prawie dwa kilometry długości, ale tylko jej fragmenty są dostępne (można wejść do niej w kilku miejscach), a razem z pobliską jaskinią Stefanshellir tworzy kompleks Surtshellir-Stefanshellir. Polecam zabrać dobre buty i dobrą latarkę! Powulkaniczny krajobraz, który roztacza się wokół jaskiń, także jest godny uwagi – nieskończone pola zastygłej lawy z rysującym się w oddali lodowcem Langjökull to widok niezwykły (przynajmniej na początku; po trzech tygodniach na Islandii staje się wręcz nudny).


Jedno z wejść do jaskini Surtshellir


W tle lodowiec Langjökull

„Epilog”

Islandia to taki kraj, gdzie krótki spacer staje się wyjątkowym przeżyciem. Ta wyspa to zbiór niesamowitych krajobrazów, wystarczy iść przed siebie, kierunek dowolny! Oto kilka przypadkowych zdjęć z trasy (nie są to żadne szczególne atrakcje, tylko widoki z okna samochodu):











Więcej opowieści z różnych świata stron znajdziecie na moim blogu http://wswoimzywiole.blog.pl/, na który Was serdecznie zapraszam!

Dodaj Komentarz

Komentarze (1)

iggy 12 lutego 2015 10:59 Odpowiedz
super!